Za kilka dni rozpocznie się kalendarzowa wiosna. Jej pierwsze oznaki są już widoczne – dłuższy dzień, zero mrozu, który uporczywie szczypie w nos i to piękne słońce – jeszcze trochę nieśmiałe, ale już coraz lepiej mu idzie. Czy Wy też nie czujecie się czasami, jak to słońce właśnie? Chcielibyście zrobić coś z całej siły, ale jesteście zbyt nieśmiali? Jeśli ktoś zadaje mi pytanie o to, czy jestem nieśmiała, to nie potrafię odpowiedzieć wprost. Bo nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Są momenty, w których postępuję bardzo zdecydowanie, a kiedy indziej mam opory, żeby zamówić jedzenie przez telefon. Dzisiaj musiałam stawić czoła sytuacji, której wręcz nie cierpię. Nie wiem, czy kiedyś o tym wspominałam, ale nie znoszę chodzić po schodach. Nie chodzi tutaj o schody w aspekcie bariery architektonicznej, ale mojej – wewnętrznej. Mam wrażenie, że kiedy po nich schodzę, cały uczelniany hol patrzy na mnie, a ja mam ochotę zadać pytanie – „no co?”. Świadomość tego, że to tylko kwestia mojego osobistego wrażenia z jednej strony dodaje otuchy, a z drugiej denerwuje – bo co zrobić z taką mentalną przypadłością? Zostawić ją samą sobie, walczyć, a może zaprzyjaźnić się? Może właśnie to jest recepta na nieśmiałość? Przyjaźń przecież zbliża jak nic innego. Kiedyś, w momencie totalnej desperacji, gdy przez godzinę próbowałam wyjechać z pewnej małej miejscowości (bezskutecznie), zatrzymałam samochód na poboczu, podeszłam do mężczyzny, który beztrosko kupował czereśnie i zapytałam o drogę. Tak po prostu. Są chwile, kiedy nie zastanawiasz się, czy wystarczająco dobrze wyglądasz, by podejść do kogoś. Podchodzisz i tyle. Chciałabym jeszcze raz móc spotkać kogoś z siatką czereśni – jeszcze raz przezwyciężyć nieśmiałość.